Wieś rządzi się swoimi prawami – Rozmowa z Joanną Jabłczyńską
Kilka lat temu wywróciła swoje życie do góry nogami i z tętniącej życiem Warszawy przeniosła się na wieś. Tam nie tylko jeździ traktorem, uprawia warzywa, sadzi kwiaty, ale też hoduje… drób. Jak sobie radzi z hodowlą, zapytaliśmy ją podczas krótkiego wywiadu. Specjalnie dla „Dobrego smaku” – rozmowa z Joanną Jabłczyńską o tym, jak to jest wstawać z kurami.
Pani Asiu, zacznijmy od początku – dlaczego wieś, a nie gwarna stolica? Jak to jest zamienić elegancką sukienkę na ogrodniczy kombinezon?
Ta elegancka sukienka bardzo rzadko była przeze mnie wkładana już
przed przeprowadzką. Od zawsze uwielbiałam naturę i sport, więc w
stolicy zazwyczaj tylko nocowałam i to w tygodniu pracującym. Gdy
tylko mogłam, uciekałam do natury. Historia przeprowadzki jest długa,
więc napiszę w skrócie, iż na ostatniej prostej do ostatecznej decyzji o
przeprowadzce pojawiła się pandemia, która pokazała mi, że naprawdę
mogę zmienić miejsce zamieszkania na totalne odludzie i czuję się tam
znacznie lepiej.
Co Panią najbardziej zaskoczyło w życiu na wsi, po przeprowadzce? Czy wieś rządzi się swoimi prawami?
To, że wszystko trzeba mieć podwójne. Tu wspólnota czy spółdzielnia nie naprawi awarii. Wodę najlepiej mieć ze studni, ale w
zanadrzu mieć podłączenie do wody miejskiej. Podobnie z prądem. Dobrze mieć agregat, a już w ogóle idealnie magazyn energii
w zanadrzu. Wieś rządzi się swoimi prawami, ale większość z nich zdecydowanie lubię. Przede wszystkim wszechobecną bezinteresowną sąsiedzką pomoc i poczucie bycia częścią społeczności.
Wywożenie obornika, karmienie kur i innych zwierząt, pielenie ogrodu – czy naprawdę to teraz czynności, które na co dzień Pani wykonuje? Na rolkach, filmikach w social mediach wygląda, jakby robiła to Pani od zawsze.
Naprawdę bardzo lubię to robić i sprawia mi to ogromną frajdę, ale przy
tylu obowiązkach, jakie posiadam, korzystam z pomocy. Gdy próbowałam być Zosią Samosią, chwasty rozrosły się tak, że nie mogłam odnaleźć pomiędzy nimi roślin, które posadziłam.
A jak to jest, jeśli chodzi o kury? Skąd w ogóle pomysł na hodowlę właśnie drobiu? Ile tych kurek jest?
Kury miała poprzednia właścicielka tego domu i został po nich kurnik.
Uwielbiam jajka i jem naprawdę codziennie trzy jajka na miękko i marzyłam, aby mieć swoje kury. Moi już przyjaciele z „Baru pod Rybką” w
Broku podarowali mi w prezencie pierwszego koguta i trzy kury. Tak się
zaczęło.
Skąd czerpie Pani wiedzę o hodowli i żywieniu? W Pani przypadku nie było to raczej przekazywane z pokolenia na pokolenie… Internet? A może pomoc wiejskich sąsiadek?
Bazuję na wiedzy sąsiadów, szczególnie Pani Bożenki (mojej cudownej
sąsiadki), która przy kurach mi pomaga.
Czy kurki mają imiona? Ma Pani swoją ulubioną?
Moje pierwsze kury to Bajka, Bójka, Brawurka i Teleranek. Gdy pierwsze
zaczęły odchodzić, a także gdy zdecydowałam się na zjedzenie po raz
pierwszy rosołu z własnej kury, zrezygnowałam z nadawania im imion,
bo było to zbyt bolesne dla mnie.
Na jednym z filmów zdradza Pani, że kury nie znoszą jaj i dokupuje je Pani u sołtysa. Czy sprawiają jeszcze jakieś problemy poza małą ilością jajek?
Był moment, gdy kury miały wygryzione zadki do samej skóry. Leczyłam je na wszy, przeniosłam do większego kurnika
i nic nie pomagało. Niestety okazało się, że muszę się pozbyć najbardziej brutalnych kogutów i temat się uspokoił.
Jak Pani żywi kury (własna pasza, pasza kupna, resztki ze stołu)? Czy podaje Pani witaminy kurom?
Kupuję ziarno dla kur, dodatkowo dostają od czasu do czasu witaminy
i zjadają też resztki ze stołu.
A jakie jest Pani marzenie, jeśli chodzi o gospodarstwo? Czy planuje Pani wprowadzić do gospodarstwa inne zwierzęta?
Marzą mi się kury ozdobne, kozy lub owce oraz pszczoły. Na razie muszę jednak zapanować nad obecnie żyjącymi ze mną zwierzętami.
Dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiała: Anna Durajska
Rozmawiała: Anna Durajska